Internet nie pachnie, czyli jak to się zaczęło

Cofnijmy się w czasie.

Nie, nie do czasów Gutenberga, który usprawnił technikę typograficzną, dzięki czemu dokonała się prawdziwa rewolucja. To rok 1989 był w moim życiu rokiem przełomowym. Można powiedzieć, że podjąłem wtedy najlepszą decyzję w moim życiu.

Zrezygnowałem z zawodowej szkoły gastronomicznej na rzecz Technikum Poligraficznego w Nowej Rudzie. Wybór „poligrafa” nie był do końca świadomym wyborem tego, co chcę w życiu robić. Do zmiany szkoły sprowokowała mnie pewna nauczycielka języka polskiego, twierdząc, że powinienem być w liceum o profilu humanistycznym, a nie marnować talentu w zawodówce. Boże, jak to mną potrząsnęło!

Kilka miesięcy później, po kolejnym dniu praktyk w restauracji Sudecka w Nowej Rudzie, wróciłem do domu i rzuciłem „fartucha” w kąt, oświadczając mojej mamie, że moja noga więcej w zawodówce nie postanie. Wyboru dużego nie było. Liceum nie przyjmowało bez egzaminów w połowie roku. Szkoła górnicza nie była dla mnie. Pozostał „poligraf”. Tak oto trafiłem do klasy o specjalizacji „maszynista typograficzny”, do której uczęszczało czterech chłopaków (ze mną już pięciu) i ponad dwadzieścia dziewczyn – zecerek.

IMG_20180907_133820

Tak rozpoczęła się moja przygoda z typografią. Przypadek? Nie sądzę. Książki od najmłodszych lat stanowiły bardzo ważną część mojego życia (biegle czytałem już w wieku 6 lat) i uwielbiałem ich zapach, ciężar, ilustracje i czarne litery wtłoczone w papier. Przypominam, że czasy mojego dzieciństwa to czarno-biała telewizja i dwa programy kończące się przed północą Hymnem Narodowym. Mieszkając na pograniczu miałem dodatkowo dwa programy czeskiej telewizji, co poszerzało moje horyzonty, zwłaszcza w czasie dobranocki. Książka była więc wtedy odpowiednikiem Netflixa, Showmaxa, HBO czy CDA razem wziętych. Nie kłamię, tak kiedyś było.

Wyobraźcie sobie więc moją reakcję, kiedy pierwszy raz wszedłem na halę maszyn, którą owiewał zapach farby drukarskiej, papieru i nafty. Wszystko to przy dźwiękach pracujących maszyn, które drukowały właśnie książki. Poznawanie tajników „czarnej sztuki”, zarówno w teorii, jak i praktyce, spowodowały, że zakochałem się w druku.

Nie dane mi jednak było pracować jako maszynista typograficzny, aż do 2016 roku, kiedy kupiłem kilka maszyn i wynająłem pomieszczenia po starej drukarni „Typodruk”, założonej przez śp. Pana Zenona Rębikowskiego, dla mojej Fundacji Klub Innowatora.

Od 1993 roku nie stałem przy maszynie, a kilka dni po podpisaniu umowy z miastem i rozpoczęciu remontu dowiedziałem się, że jestem przedstawicielem ginącego zawodu. Ale jak to? Przecież przed chwilą kończyłem szkołę o profilu typograficznym? Moje życie zatoczyło więc ogromne koło a ja wróciłem do punktu wyjścia. Bogatszy jednak o doświadczenia niezwiązane z drukiem, pełen zapału i pomysłów na to, jak przywrócić typografii jej należyte miejsce.

Tak zaczęła się moja nowa karta w życiu. Karta drukowana czcionką.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s